zdjęcia <

relacje <

kontakt <



Ukraina 2007 (13.08-21.08)


DZIEŃ 1

7 rano, przejście graniczne w Medyce. Po kostki w śmieciach i przy dźwięku rozlepianej taśmy klejącej wypełniamy "karty imigracyjne". Stoimi chwile w kolejce patrząc z ciekawością na bude z napisem "ukraina wita was". To nasza furtka na drugą stronę.

Łapiemy marszrutkę do Sambora (5 UAH), potem elektriczka do Sianek (5.50 UAH) i stamtąd do Użoka (2 UAH). Odcinek z Sianek do Wołosianki rzeczywiście jest niesamowity, widoki wspaniałe, a wszystko w cenie biletu, który "na polskie" kosztuje mniej więcej złotówkę. Jedziemy tuż przy granicy, emocje budzi fakt, że jesteśmy na dnie (a właściwie pod dnem) worka bieszczadzkiego, czyli troche jakby poniżej końca świata. Do Użoka docieramy po 18 godzinach podróży (około 16:30 czasu ukraińskiego, czyli 15:30 w Polsce). Wybraliśmy chyba najtańszy i zarazem najbardziej przesiadkowy wariant. Dojazd z Warszawy wyniósł nas nieco ponad 40 zł.

Dwa kilometry za Użokiem (po lewej stronie) znajdujemy doskonałe miejsce na nocleg (wiatka, miejsce na ognisko oraz namioty). Jedynie woda w strumyku nie zachęca do picia, wszędzie czają się krowie kupy. Mimo wczesnej pory decydujemy się tu pozostać (choć dzień później 3 km dalej znajdziemy kolejną wiatke).

DZIEŃ 2

Śpimy długo i udaje nam się wyruszyć dopiero około południa. W Husnym spotykamy pana inżyniera z Użhorodu który częstuje nas mlekiem - prosto od krowy. Dowiadujemy się, że w wiosce można nabyć bibmer w cenie 8 hrywien, jednak pan inżynier radzi jechać do miasta na bazar, bo tam płaci się mniej - jedynie 5 hrywien (co jest równe 3 polskim złotym). Mamy jednak dość swojej wódki, dlatego grzecznie dziękujemu i ruszamy dalej na spotkanie z zabytkową cerkwią, która według przewodnika ma być naszym punktem startowym. Do tej pory nie jestem pewien, czy budowla którą uznaliśmy za cerkiew rzeczywiście nią była. Jeszcze krótki postój, jakaś gospodyni przynosi nam jabłka. Ludzie są tu naprawde życzliwi. Rozpoczynamy atak na połoninę, nie trwa on jednak zbyt długo, bo po kilkuset metrach ścieżka się urywa a nam pozostaje zmierzyć się z dzikim zarośnietym lasem. Jakoś to idzie i po 1.5 godzinie stawiamy stopę na połoninie. I tu kolejna przykra niespodzianka, źle obliczyliśmy zapas wody (a raczej nie poczyniliśmy żadnych obliczeń) i do picia zostaje tylko mleko. Niezbyt dobry początek wyprawy, jednak później jest już tylko lepiej. Po niecałej godzinie, za Kińczykiem Hnyslkim, trafiamy na doskonałe źródełko (jest oznaczone na mapie WIG, szkoda, że przewodnik "Ukraina Zachodnia" nic o nim nie wspomina). W tym momecie jedyną lepszą rzeczą byłoby tylko zimne piwko. Napojeni i szczęśliwi ruszamy dalej. Decydujemy się rozbić pod Żurówką, w nocy prawdziwy grad spadających gwiazd.

DZIEŃ 3

Tego dnia wstajemy wcześnie i o 7:30 rano jesteśmy już w drodze. Przed nami kręta połonina z ledwo widocznym na horyzoncie Pikujem, nie jesteśmy pewni czy uda nam się go dzisiaj zdobyć. Nasze obawy okazują się jednak być na wyrost, bo o 15 osiągamy najwyższy szczyt Bieszczadów, a 2 godziny później pijemy zimne piwo w sympatycznym sklepo-barze w Biłaszowicach. Zaczynamy kombinować jakiś transport do Wołowca. Jeden z dżentelmentów obecnych w knajpce oferuje swoją pomoc, jednak z jakichś powodów obawia się milicji. Byćmoże chce tylko w ten sposób podbić cenę, ostatecznie jednak dowozi nas do celu i bezpiecznie wraca (spotkamy go nazajutrz w Wołowcu). Podróż dostarcza nam wiele wrażeń, jedziemy w czwórkę w bagażniku (Magda w kabinie) przerobionego na samochód dostawczy zaporożca. Oprócz nas i plecaków w środku znajduje się także zbiornik paliwa (pomiar paliwa odbywa się za pomoca patyka wsadzanego do zbiornika). Opary benzyny w pewnym momencie stają się uciążliwe i zaczynamy obawiać się o swoje zdrowie. Ostatecznie jednak w Wołowcu wysiadamy o własnych siłach.

Decydujemy się na nocleg w Hotelu. Panują tu dosyć dziwne zasady, opłatę za nocleg pobiera pokojówka nie dając żadnego pokwitowania i nie pytając o nic, zostawia nam klucz, znika gdzieś i nie widzimy jej już potem. Po 3 nocach w namiocie/pociągu hotelowe warunki są luksusowe. Mamy nawet łazienke w pokoju, dla co twardszych zawodników to pierwsze mycie od wyjazdu z Polski. Przeczytałem gdzieś, że na wyjazdach dwudniowych nie należy się myć, natomiast każdy wyjazd wielodniowy można przedstawić jako ciąg wyjazdów dwudniowych.

DZIEŃ 4

Nabieramy dużo wody (sugerując się przewodnikiem według którego na Borżawie jej brak), do tego zapas innych równie niezbędnych napojów i plecak staje się niemiłosiernie ciężki. W dodatku jest strasznie gorąco. Tym razem nie ma jednak problemów z drogą na szczyt (wkońcu cel naszej wędrówki nazywa się "Płaj"). Upewniamy się jeszcze pytając napotkanej zbieraczki jerzyn, która widząc nasze plecaki uśmiecha się tylko i życzy powodzenia. Podejście jest dosyć.. bezpośrednie - strome i niezbyt kręte. Z daleka przypomina trochę skocznie narciarską. Na szczęscie jest sucho i nie mamy okazji przekonać się czy rzeczywiście można się tu rozpędzić. Kiedy wychodzimy wreszcie na połoninę oczom naszym ukazuje się stado owiec, jakieś ruiny oraz pasterz piorący spodnie w cieknącej z wybetonowanego źródełka wodzie. To zdecydowanie najlepsze źródełko spośród wszystkich źródełek tej wyprawy. Jest tak fajnie, że postanawiamy tu przenocować.

DZIEŃ 5

Ranek wita nas mgłą i widocznością spadającą momentami do 10 metrów. W planie mamy zdobycie Stoha i zejście do Hukliwej, to trochę nie po drodze i w dużym stopniu będziemy wracać tą samą drogą. Będzie to argument który zaważy na zmianie planów której za chwile dokonamy, puki co jednak zwijamy obóz i ruszamy. Już na samym początku dopada nas deszcz. Po 15 minutach docieramy na Płaj. W stacji meteorologicznej zasięgamy informacji o pogodzie. Niestety, lepiej nie będzie. Brakuje motywacji i zapasów niektórych produktów, większość jest za zejściem do Wołowca. Tak też się dzieje, jednak tym razem wybieramy inną trase - cały czas "priama"1 drogą leśną którą jeżdzą ciężarówki (w przewodniku ta ścieżka opisana jest jako "droga do Hukliwej" i rzeczywiście można nią trafić do Hukliwej skręcając po drodze w prawo, jednak idąc prosto dochodzi się do Wołowca, to wariant mniej stromy ale dłuższy). W Wołowcu wsiadamy w pociąg "Karpaty" i po 22 jesteśmy we Lwowie gdzie czeka na nas Pan Stanislaw od którego wynajmujemy mieszkanie.

DZIEŃ 6

Pan Stanislaw jest ukraińcem polskiego pochodzenia. Jak się dowiadujemy to prawdziwy potentat na lwowskim rynku nieruchomości. W całym mieście wynamuje 5 mieszkań - oczywiście wszystkie nielegalnie, oficjalnie jesteśmy tutaj gośćmi. Mieszkamy w centrum niedaleko pl. Mickiewicza, mamy wodę przez całą dobę co we Lwowie podobno jest rzadkością. Mało tego, mamy nawet ciepłą wodę! Wszystko za sprawą piecyka do którego obsługi potrzebny jest jednak tytuł inżyniera oraz silne nerwy - zakręcenie wody powoduje ulatnianie się gazu. Na szczęscie w mieszkaniu jest nas sporo i zawsze ktoś w pore reaguje. Przez 2 noce przewala się tutaj tłum Polaków: para z Krakowa, dwóch "artystów z Warszawy" oraz grupa łodzian wracających z rumuńskich gór. Mieszkanie nie było remontowane od czasów przedwojennych, ściany stanowią zabytek i panu Stanisławowi nie wolno ich zamalować.

Lwów robi na nas ogromne wrażenie. Pan Stanislaw dorabia sobie świadcząc usługi przewodnickie, oprowadza nas za 2 zł za godzinię, towarzyszy nam para Szwedów - oni jednak płacą 8 euro.

DZIEŃ 7

W drodze na "wagzał"2 zdarza się coś niezwykłego, tramwajowa pani konduktor zamiast sprzedać nam bilety bierze 1.5 hrywny łapówki. Niezwykłość polega na tym, że łapówka za 5 osób wynosiła w przeliczeniu "na polskie" niecałą złotówkę. Z dworca jedziemy marszrutką na granicę jednak 3 kilometry przed Szegini zatrzymuje nas milicja a kierowca oznajmnia, że dalej nie pojedzie. Okazuje się, że to za sprawą ciężarówki, która stoi w poprzek drogi (a właściwie leży w rowie), idziemy więc na pieszo mijając stojące w korku samochody. Jest spory ruch, oprócz nas w stronę granicy zmierza przeróżne towarzystwo. Wyglądamy troche jak uchodźcy.

Do Polski wracamy z bagażem wspomnień, zresztą nie tylko, jednak wspaniałomyślny polski celnik zdaje się tego nie zauważać. Na stacje w Przemyślu docieramy pół godziny po odjeździe ostatniego pociągu. Do 4:30 nie jeździ stąd absolutnie nic, wiąże się z tym coś co określono jako "przerwa technologiczna". Znaczy to tyle, że dworzec, poczekalnia i kasy są zamknięte. Ruszamy na miasto i rozważamy rozbicie się nad Sanem, jednak ktoś poleca nam kemping i tam też ostatecznie lądujemy. Nocleg wynosi 10 zł za osobę a mamy dla siebie cały drewniany domek (no może domek to za dużo powiedziane, ale z pewnością jest to "drewniany pokój"). Decydujemy się pozostać dłużej niż do 7 rano (a dokładnie decyduje się na to 80% naszej piątki).

DZIEŃ 8

W Warszawie jesteśmy o 21:45, jednak spędzamy jeszcze dobre 2 i pół godziny na centralnym kląc pod nosem na PKP...


NASZA TRASA

Dojazd:
POSP Warszawa Zachodnia -> Łańcut
POSP Łańcut -> Przemyśl
BUS Przemyśl -> Medyka
GRANICA
MARSZRUTKA Szegini -> Sambor
ELEKTRICZKA Sambor -> Sianki
ELEKTRICZKA Sianki -> Użok

Użok -> Husne -> połonina Bukowska (Mostek 1186 - Starostyna 1228 - Żurówka 1228 - Wielki Wierch 1312 - Ostry Wierch 1294 - Pikuj 1406) -> Biłaszowice >>> Wołowiec -> połonina Borżawa (Płaj 1334) -> Wołowiec >>> Lwów

Powrót:
MARSZRUTKA Lwów -> Szegini
GRANICA
BUS Medyka -> Przemyśl
POSP Przemyśl -> Warszawa


PRAKTYCZNE LINKI

1 prosto
2 dworzec

maćko


wygenerowano w 0 s.
2.3.0, macko.waw.pl