zdjęcia <

relacje <

kontakt <



Bieszczady Skolskie, połonina Paraszka 2008.04

Piątek rano. Medyka. Znów ta sama góra śmieci i znajomy już troche wschód słońca nad terminalem. Odprawa idzie sprawnie, niecała godzina i jesteśmy po drugiej stronie. Niczym gospodarze witają nas dżentelnemi w skurzanych kurtkach z łańcuchami na szyi. Są uprzejmi, oferują transport, jednak zapytani o cenę potrafią tylko stwierdzić, że "dwie masziny potrzebne". Również z marszrutkami dosyć krucho, postanawiamy spróbować szczęścia w Mościskach (mimo zapewnień kierowcy, że najlepsza opcja dla nas to Lwów i tylko Lwów do którego on właśnie jedzie ;)). Tutaj bez problemu wynajmujemy busika do Schodnicy, sporna jest tylko cena, jednak ostatecznie z 400 hrywien schodzimy na 250 i wszyscy są zadowoleni. Po drodze przymusowe zwiedzanie stacji metangazu - robi wrażenie ;) Przed 13 wysiadamy w Schodnicy, nieźle wytrzęsieni (niech ktoś powie, że polskie drogi są kiepskie) i pod wielkim wrażeniem kierowcy.

Kierunek wschód (bynajmniej nie spodziewamy się tam cywilizacji). Po drodze w ruch idą żelki (biedronka miała ich w plecaku chyba kilogram - a nie był to koniec niespodzianek), zwiedzamy skały, jemy obiad. Zamek Tustań (a dokładniej jego ruiny) naprawde wart jest zobaczenia, na upratego można tu nawet robić namiot i przenocować... właściwie bez namiotu też się da, jak na zamek przystało pełno tu skalnych "komnat". Nas jednak nagli czas, pędzimy więc do Urycza z nadzieją, że trafi się jakaś marszrutka. I tym razem mamy fart, łapiemy ostatni autobus do Podchorodców a potem ostatnią marszrutke do Korczyna. Ten pierwszy wygląda dość kosmicznie, załadowany po brzegi pasażerami zmierzającymi nie-wiadomo-skąd nie-wiadomo-dokąd, no i my - turyści, dla autochtonów równie niecodzienni. Ludzie są życzliwi i chętni do konwersacji, co mnie urzekło - życzliwi, nawet gdy mówimy, że jesteśmy "z War-sza-wy".

W drodze na nocleg czeka nas jeszcze przeprawa przez strumyk... i tutaj muszę złożyć samokrytykę i wyjaśnić dlaczego przewodnikiem nie zostanę. Nie wdając się zanadto w szczegóły powiem tylko, że ruda straciła suchość w bucie (a nie miała go wtedy na nodze). Mam nadzieje, że kiedyś mi to wybaczy, choć jak już wspomniałem dla mnie to osobista porażka i kres kariery przewodnickiej ;) Idziemy w górę potoku ("Wielka Riczka"), około 21 (jakieś 3.5 km od skrzyżowania w Koczynie) docieramy na polankę gdzie postanawiamy przenocować. Na kolacje kiełbaski z ognicha oraz grzanki, sielankę przerywa deszcz a grozy dodaje jaśniejące od błyskawic niebo. Nie pozostaje nam nic innego jak udać sie do namiotu w celu konsumpcji Nemiroffa. W nocy pada i wieje niemiłosiernie, namiot troche przecieka, ale udaje nam się nie utonąć i nie odfrunąć.

Sobota. godz. 7:30, pobudka. Okazuje się być to falstart, bo wstajemy dopiero godzinę później. Śledztwo wykaże, że to za sprawą zapasowego budzika, który miał wciąż polski czas. No ale wkońcu sobota, trzeba się wyspać. Już nie pada, ale Paraszka chowa się w ciemnych chmurach. Zwijamy obóz, jemy szybkie śniadanie. Rades postanawia się umyć za co dostaje oficjalną naganę ;)

Ruszamy. To góra, to przełęcz, góra, przełęcz... ciągle bukowym lasem, raz tylko mijając po drodze brzozowy zagajnik. Na początku troche to monotonne kiedy jednak wychodzimy na Dział oczom naszym ukazuje się Paraszka. Jest dużo bliżej niż kiedy oglądaliśmy ją wczoraj z doliny. Na przełęczy 858 uzupełniamy wodę (na północ od przeł.) i zakładamy stuptuty. Na północno-wschodnim stoku Paraszki którym podchodzimy leży sporo śniegu, zapadamy się po kolana a czasem po pas. Pod koniec robi się dość stromo i jesteśmy zmuszeni iść na czworaka.

O godzinie 15:05 stawiamy stopę na Paraszce. Widoki są super, szczyt naprawde góruje nad okolicą. Na grani śniegu już nie ma, jest za to wściekły wiatr. Schodzimy troche niżej by zrobić postój i uraczyć się zwycięzkim piwkiem "duże Tyskie" w ilości jeden na osób sześć. Później dwugodzinny marsz widokową połoniną, gdzieś na horyzoncie dostrzegamy niewyraźną Borżawe. Prawdziwy panoramkowy chaos.

Przed podejściem na Korczanke skręcamy na wschód do Skolego. Od tego momentu zaczyna się całkiem nieźle oznaczony szlak (różnymi symbolami, ale generalnie na zółto). Po około 2 kilometrach, za skrętem szlaku na południowy-wschód natrafiamy na doskonałe źródełko (również oznaczone napisami na drzewie), jest na mapie "Bieszczady Wschodnie" wyd. Ruthenus, nie ma go natomiast na WIGówce oraz ukraińskiej mapie "Skoliwskij Rajon". Kawałek wcześniej wypłaszczenie, niezłe miejsce na nocleg. Na "przedmieście" Skolego docieramy o 19, tradycją staje się już, że po dojściu na nocleg zaczyna padać. Dziewczyny idą do miasta po zakupy, my rozbijamy obóz. Wieczorem kompresujemy się w namiocie "iglo-3", który służy nam tego wieczoru także za kuchnie. Kolejna deszczowa noc mija znacznie spokojniej, nie wieje i nie cieknie.

Niedziela. Postanawiamy się umyć. Woda w strumyku niewiele chłodniejsza od temperatury powietrza ...to tylko z pozoru brzmi zachęcająco, mój termometr wskazuje 5 stopni. Po tak rześkiej kompieli zwijamy obóz i pędzimy na stacje. Do Lwowa mamy 111 kilometrów, bilet kosztuje 9.57 UAH co na polskie daje 4.40 złotego. Ciekawe ile płacą ukraińscy studenci? W pociągu śniadanie i suszenie butów.

Dwie godziny później wsiadamy do tramwaju pod dworcem głównym we Lwowie. I tu niespodzianka, bilety podrożały! I to aż o 50%, osiągając tym samym zawrotną cenę 75 kopiejek. Chcę dopłacić, ale pani konduktor ma lepsze rozwiązanie: sprzedaje nam "kwitoki" po starej cenie, prosi jednak o ich zwrot przy wysiadaniu. Opuszczamy tramwaj na rynku, zdobywamy górę zamkową a potem kręcimy się troche po centrum. Jeszcze obowiązkowe zdjęcie z Mickiewiczem i można iść na piwo. Zasiadamy na Prospekcie Svabody i raczymy się Lvivskim ..tutaj to jest życie! Na koniec obiadek w pyzatej chacie, gdzie spotykamy pana Stanislawa (bohatera sierpniowej relacji). Przez jego mieszkanie przewalają się prawdziwe tłumy, to niesamowite, że rozpoznał nas po ponad pół roku.

Około 17:30 kombinujemy transport spod dworca głównego. W marszrutce chcą 14 hrywien i ani kopiejki mniej. Zjawia się pewien jegomość, który jedzie w stronę granicy i może zabrać nas nieco taniej. Szkopuł w tym, że nas jest nas ciut więcej niż mieści się w samochodzie osobowym. To tylko utwierdza nas w przekonaniu, że właśnie tak powinniśmy opuścić Lwów. Wypełniamy samochód po brzegi i ruszamy, solidne "audi 100" daje rade. Na granicy Ukraińcy biorą nas bez kolejki, Polacy po pewnym czasie też. Dosyć gruntownie przetrzepują nam plecaki choć nie na tyle, żeby odkryć małą nadmiarową flaszeczkę nemiroffa. Straty jednak są, na odchodnego celniczka nieuważnym ruchem tłucze mi piwo! To jednak nic, wyjazd uważam za udany :)


NASZA TRASA

Dojazd:
POSP Warszawa Zachodnia -> Rzeszów
OS Rzeszów -> Przemyśl
BUS Przemyśl -> Medyka (2 PLN)
GRANICA
MARSZRUTKA Szegini -> Mościska (3 UAH)
BUS Mościska -> Schodnica (42 UAH)

Schodnica -> skały, zamek Tustań -> Urycz

AUTOBUS Urycz -> Podhorodce (1 UAH)
MARSZRUTKA Podhorodce -> Korczyn (2 UAH)

Korczyn -> dolina "Wielkiej Riczki" -> Dział 899 -> przeł. 858 -> Paraszka 1270 -> Obrosły Wierch 1161 -> Skole

ELEKTRICZKA Skole -> Lwów (9.57 UAH)


Powrót:
SAMOCHÓD Lwów -> Szegini (10 UAH)
GRANICA
BUS Medyka -> Przemyśl (2 PLN)
POSP Przemyśl -> Łańcut
POSP Łańcut -> Warszawa


Mapy:
  • "Bieszczczady Wschodnie" wyd. Ruthenus, Krosno 2007 (1:100 000)
  • WIG, arkusz P52 S37 "Skole" (1:100 000)
  • "Karpaty: Skoliwskij Rajon", wyd. Kartografija (1:75 000)
  • Topograficzeskaja Karta, akrusz 126 "Stryj" / 145 "Wołowiec", wyd. Kiewskaja Wojenno-Kartograficzeskaja Fabrika (1:100 000)
  • Topograficzna Karta "Ukrainski Karpaty", wyd. Kiewskaja Wojenno-Kartograficzeskaja Fabrika (1:200 000)
  • Turistyczna Karta "Karpaty", wyd. Kartografija (1:300 000)
  • "Lviv", wyd. Kartografija (1:20 000)

Przewodniki:
  • "Przewodnik po Beskidach Wschodnich. Tom pierwszy cz. I Bieszczady." H. Gąsiorowski, Lwów-Warszawa 1935, reprint Kielce 2000
  • "Ukraina Zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu...", wyd. Bezdroża 2005

maćko


wygenerowano w 0.001 s.
2.3.0, macko.waw.pl