zdjęcia <

relacje <

kontakt <



Bieszczady, zima 2007

Sobota, godzina 21 - dw. Zachodni, rozpoczynamy od poszukiwań kasy biletowej PKP. Do Ustrzyk Dolnych przybywamy chwilę po ośmej rano, udajemy się z misją na pobliski bazarek (tak, tak, kontrabanda kwitnie nawet w niedzielny poranek) i o 8:30 jesteśmy gotowi do dalszej drogi. W tym momencie zaczyna się ujawniać niedoskonałość naszego planu podróży ...najbliższy PKS o 13:05. Na drzwiach dworcowej poczekalni kartka "w niedziele nieczynne". Zimno jak cholera, ale humor dopisuje. Są góry. Do Koliby docieramy jeszcze za dnia.

Poniedziałek. Poranny komunikat GOPRu nie zachęca do wędrówki, na połoninach widoczność 30 metrów, wiatr silny. Przy śniadaniu poznajemy dwójke krakusów (a właściwie krakusa i krakuske), którzy podobnie jak my wybierają się na drugą strone Caryńskiej. Wyruszamy razem. Szlak zupełnie nie przetarty, ale dobrze oznaczony, dopiero kiedy kończy się las niebardzo widać gdzie dalej iść, toteż przyjmujemy kierunek "byle do góry" i wkońcu docieramy na grzbiet. Wszędzie mleko, nie można odróżnić śniegu od mgły. Nie ma co - widoki wprost zapierają dech w piersiach. Obieramy kurs na schronisko pod rawkami. Przy zejściu z połoniny w ruch idzie kompas i nawet udaje nam się trafić w szlak. Docieramy kompletnie przemoczeni do bacówki pod Małą Rawką. W tym momencie Rades zdaje sobie sprawę, że przesadził z optymalizacją swojego bagażu (że warto było zabrać zapasową parę spodni). Wieczorem herbata z prądem i śpiewy.

Wtorek. Po herbacie i śpiewach nie bardzo mamy siły wstać. Łykamy podwójną porcję witamin, magnezu i wszystkiego "co zdrowe" aby z ciężką głową i sporym opóźniemiem wyjść w końcu na szlak. Tym razem chcemy zmierzyć się z Połoniną Wetlińską. Na samym początku spotykamy dwójkę sapiących turystów którzy schodza z góry i witają nas okrzykiem: "oj, jak jest ciężko". Gratulują nam samozaparcia i znikają gdzieś w dole. Klniemy na nich, chyba nikt nas nie mógł bardziej "podbudować". Jest mokry śnieg i momentami zapadamy się po pas, idziemy tempem kulawego emeryta robiąc postój co 100 metrów. Mgła staje się coraz bardziej gęsta, aż wkońcu robi się zupełne mleko. Szkoda, mieliśmy nadzieje na jakieś widoki. Po tyczkach trafiamy do Chatki Puchatka, gdzie poznajemy dwie studentki turystyki, które przyjechały do schroniska ...na praktyki studenckie :) Co za piękny kierunek.

Środa, mgła jeszcze gorsza. Planujemy przejść grzbietem do przeł. Orłowicza, ale dość stanowczo odradza nam to puchatkowy goprowiec. Za jego radą schodzimy zółtym szlakiem, czując jednak pewien niedosyt odbijamy w zupełnie nieprzedeptany szlak czarny, bo w końcu dlaczego iść po ubitym skoro można po kolana w śniegu. Szlak jednak się urywa, a my jesteśmy zmuszeni zamienić się w harcerzy i uruchomić kompas. To już poraz drugi, zasłużyliśmy chyba na jakąś sprawność. Kiedy docieramy w końcu do Wetliny mgła całkiem ustępuje, widać nawet "Chatke Puchatka" z której wyruszyliśmy. Jesteśmy źli na goprowca. Jacyś ludzie polecają nocleg w schronisku PTSM. To chyba najciekawsze miejsce tego dnia w Wetlinie a i tak jest strasznie nudno. W schronisku dał się we znaki jakiś szalony hydraulik, przecieka dosłownie wszystko łącznie z pisuarami. Kibel smierdzi niemiłosiernie. Jest pusto.

Czwartek. Jest dobra widoczność, postanawiamy jeszcze raz wdrapać się na Wetlińską. Na górze uśmiechem witają nas koleżanki-praktykantki, szybki obiad (suchary z pasztetem) i krótka sesja zdjęciowa. Zimny wiatr nie zachęca do kontemplowania widoków, ruszamy dalej. W Nasicznym odnajdujemy ukrytą w niedziele część "bagażu" i przenosimy ją na drugą strone przełęczy (aby nazajutrz zabrać ją w drodze na Otryt). Do Koliby docieramy po zmroku. Kończą się zapasy, jacyś ludzie odstępują nam herbate w zamian za saszetke coldrexu. Jedyne czego mamy pod dostatkiem to ukraiński "chlibny dar".

Piątek. Na śniadanie prawdziwe resztki. Całą herbate wypiliśmy poprzedniego dnia z gorzałką toteż jesteśmy zmuszeni użyć jakiegoś zamiennika do termosu ...tabletki musujące "active", obrzydliwe na ciepło. Obtarłem sobie nogi i z tego powodu tempo znów spadło do prędkości emeryta - z tą różnicą, że teraz idziemy po płaskim. W Dwerniku stukamy do piekiełka, otwiera nam ktoś i mówi, że zamknięte. Siedzimy tam chwile. Podjeżdża traktor z przyczepą pełną drewna, kierowca wchodzi do środka aby po chwili wyjść z tajemniczym pakunkiem. Później zjawia się starsza pani z plecakiem i sytuacja się powtarza. "Okienko" - pomyślałem. A przynajmniej mogłoby takim być :) Podejście na Otryt i picie ciepłego "activa" dosyć mnie wyczerpuje. Kiedy jesteśmy już na górze z chaty wyskakuje Grotek by perswadować nam w dłonie pełną brunatnego specjału bańkę. Potem jeszcze raz. I znowu. Odrazu robi się cieplej. Bardzo miłe powitanie. Tak mniej więcej mija pobyt na Otrycie.

Niedziela. Planujemy wstać o 5:30 rano, żeby zdążyć na pierwszy PKS (jak się później okazuje jedyny tego dnia). O 3 rano robię herbatę do termosu. To co było później pozostaje zagadką, wiadomo tylko, że wszyscy (a było nas jakieś 8 osób) zaspaliśmy. W Dwerniku jesteśmy o 11, na śniadanie jemy dwa piwa, zamawiamy busa i czekamy. Do Warszawy docieramy o 2 nad ranem w poniedziałek.

maćko


wygenerowano w 0 s.
2.3.0, macko.waw.pl